Katarzyna Warnke: Nina potrzebuje silnych wrażeń
Katarzyna Warnke: ucieczka od kłopotów

– Każda scena to była w zasadzie sytuacja sensacyjna, pełna napięć, wielkich emocji. Jedną z nakręconych sekwencji było wywiezienie Niny nad Wisłę – ma ona związane ręce i zasłonięte oczy. Potem cudem ucieka i biegnie wałem wiślanym, a później przez las i groźnie upada. Chociaż kosztowało mnie to dużo wysiłku zarówno psychicznie, jak i fizycznie, to miałam posmak kręcenia filmu sensacyjnego, co muszę przyznać, bardzo mnie pociąga – mówi Katarzyna Warnke, grająca główną rolę w odcinku „Nina – o krok od śmierci” serialu „Uwikłani”.

Czy długi się Pani wahała, czy przyjąć propozycję zagrania w serialu „Uwikłani”? A może ani chwili?

– Ani chwili ze względu na dwie rzeczy – świetny scenariusz mojego odcinka oraz Anię Jadowską, która była reżyserką.

Tytuł odcinka z Pani udziałem to „Nina – o krok od śmierci”. A o ten krok od śmierci znajduje się lekarka pogotowia, która ma do czynienia ze śmiercią na co dzień…

– Tak, ma do czynienia z tym na co dzień, a w dodatku zostaje uwikłana w sytuację kryminalną. Mało tego, narażona na niebezpieczeństwo jest także jej córka, z którą moja bohaterka nie jest w najlepszych stosunkach. Dziecko ma 18 lat i przeżywa okres buntu. Po raz pierwszy zdarzyło mi się grać matkę nastolatki, to też było ciekawe. Moja bohaterka, Nina, jest osobą bardzo samotną i pogubioną, ale sądzę, że ostatecznie dobrze poradziła sobie z tą dramatyczną historią.

A czy fakt, że Pani bohaterka to lekarka miało znaczenie w budowaniu roli?

– Myślę, że miało znaczenie to, że jest lekarką pogotowia ratunkowego. Kiedy budowałam tę rolę, doszłam do wniosku, że kluczowa w niej jest potrzeba silnych emocji. Nina bezwiednie szuka sensacyjnych napięć, dlatego też wchodzi w relację dosyć bliską z niebezpieczną osobą.

Z opisu odcinka wiemy, że tą osobą, z którą Nina weszła w relacje jest porywacz. Czy mamy tu do czynienia z tzw. syndromem sztokholmskim?

– Myślę, że syndrom sztokholmski to jest trochę za daleko. Nina, jak się zdaje, żeby coś poczuć, potrzebuje silnych wrażeń. Praca jest również dla niej ucieczką od problemów domowych i niezłą wymówką. Jeżeli jest się samotną matką, to raczej wybiera się spokojniejszą formę uprawiania zawodu lekarza, a nie pogotowie ratunkowe, prawda? Gdy jest się samotnym rodzicem, to ma się w domu ciągle swoiste „pogotowie ratunkowe”, a dodatkowo nieregularny czas pracy, wysokie ryzyko i działanie w ogromnym napięciu w życiu zawodowym, to chyba za dużo? Mamy taką jedną ratunkową akcję w tym odcinku – Nina wyciąga nastolatkę z zapaści po zażyciu narkotyków.
 
Wspomniała Pani, że zdecydowała się Pani na zagranie w „Uwikłanych” ze względu na osobę Anny Jadowskiej. Czy wcześniej już Pani z nią pracowała?

– Nie, nie pracowałam.

A jakby Pani określiła styl jej pracy?

– Ania w pierwszym momencie robi wrażenie osoby bardzo łagodnej, pogodnej, delikatnej i myślę, że nie jest to typowe dla reżyserek. Raczej mają cechy kojarzone powszechnie z mężczyznami. Jednak w pracy szybko okazuje się, że trzyma sprawy silną ręką, jest wymagająca i stanowcza, ale robi to bez krzyków i budowania napięć i bardzo mi się ten styl podoba.

Rozmawiamy w maju tuż przed emisją odcinka z Pani udziałem. Zdjęcia były jednak kręcone w styczniu. Była zima i musiało być zimno. Jakie to stwarzało problemy?

– Mieliśmy mało czasu na skręcenie tego odcinka. Czasu było mało, za to scenariusz bardzo bogaty. Każda scena to była w zasadzie sytuacja sensacyjna, pełna napięć, wielkich emocji. Jedną z nakręconych sekwencji było wywiezienie Niny nad Wisłę – ma ona związane ręce i zasłonięte oczy. Potem cudem ucieka i biegnie wałem wiślanym, a później przez las i groźnie upada. Chociaż kosztowało mnie to dużo wysiłku zarówno psychicznie, jak i fizycznie, to miałam posmak kręcenia filmu sensacyjnego, co muszę przyznać, bardzo mnie pociąga.

Gra Pani w teatrze, filmie, serialach. Podejmuje także próby reżyserskie…

– Zrobiłam spektakl „Uwodziciel” w Nowym Teatrze Warlikowskiego. To był mój tekst, monodram, w którym zagrała Anuszka Konieczna. Premiera była w listopadzie 2014 roku.
 
Uczestniczyła Pani w programie Wojciecha Manna „Kocham to, co lubię”, choć to nie było pierwsze spotkanie z Mannem. Jakie to było doświadczenie?

– To było bardzo przyjemne doświadczenie. Wcześniej występowałam w programie „MaMa”, w który wprowadził mnie Krzysztof Materna. Tam poznaliśmy się z Wojtkiem Mannem. Czas spędzony przy produkcji tych programów to była prawdziwa przyjemność. Kocham ten rodzaj poczucia humoru: autoironia i dystans są tu kluczowe. Kiedy Krzysztof i Wojtek wyczuli, że mam poczucie humoru, które im odpowiada, dali mi sporo zaufania i wolności. Podobnie było z samym Wojtkiem Mannem w  „Kocham to, co lubię”, dużo improwizacji i zaskoczeń na planie.

Rozmawiamy przy okazji zdjęć do spektaklu Teatru Telewizji „Rybka canero” Juliusza Machulskiego. Wkrótce zobaczymy Panią w „Miss HIV” Macieja Kowalewskiego. Czy uważa Pani, że Teatr Telewizji to jest marka sama w sobie i występowanie tu jest dla aktora nobilitacją?

–  Myślę, że praca przy Teatrze Telewizji jest bardzo pociągająca dla aktorów. Jest to rzecz pomiędzy teatrem, a kinem. Jednak tutaj cała uwaga skupia się na temacie i na aktorze. W kinie są przestrzenie, nastroje. Tutaj scenariusz jest oparty raczej na słowie, a nie na obrazach.

A co może Pani powiedzieć o tych dwóch spektaklach?

– To są bardzo różne prace. „Miss HIV” jest komedią, ale raczej czarną, a grana tam przeze mnie postać jest zdecydowanie dramatyczna, to kobieta na krawędzi, przepełniona rozpaczą. W przypadku „Rybki canero” mamy klasyczną komedię kryminalną, lekki gatunek, ale niełatwy do realizacji. Bardzo się cieszę, że mogę zapoznać się w pracy z panem Juliuszem Machulskim, mistrzem tego gatunku. Wykorzystuję przy tej okazji swoje typowo komediowe zacięcie, w jakiejś części zdobyte również u Wojtka Manna. Moja postać Joanna Peterko, robi „tylko takie pierwsze wrażenie…”, jak mówi o niej Bolo, jej narzeczony grany przez Cezarego Pazurę. Jednak Asia niesie z sobą pewną tajemnicę. Muszę przyznać, że partnerowanie Cezaremu to duża przyjemność.

Dziękuję za rozmowę.
 
Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz

reklama