Piotr Ligienza: przede wszystkim ciekawość
Piotr Ligienza (fot. Andrzej Marchwiński/TVP)

– Miałem do odegrania postać ojca, który zostaje odseparowany od dziecka i żony. Zależało mi na tym, żeby poprowadzić tą postać w sposób sugestywny i mocny – mówi Piotr Ligienza, grający główną rolę w odcinku „Janusz – dramat ojca” serialu „Uwikłani”.

Rozmawiałem z reżyserującą odcinek z Pańskim udziałem Olgą Chajdas i powiedziała mi, że darzy Pana szczególnym sentymentem m.in. ze względu na fakt, że grał Pan w jej debiucie teatralnym. Czy ten szczególny sentyment jest także w drugą stronę?

– Zdecydowanie tak. Odpowiada mi poczucie humoru Olgi, abstrakcyjne myślenie i poszukiwania zwrócone w nieoczywistą stronę. Bardzo miło wspominam pierwsze nasze spotkanie przy spektaklu „Ostatni Żyd w Europie”. Zrobiliśmy go w Teatrze na Woli. To był szczególny czas. Dla Olgi był to pierwszy spektakl w zawodowym teatrze a ja musiałem pogodzić to z produkcją w Teatrze Powszechnym  i ostatecznie przygotowywałem dwa spektakle równolegle. Z Olgą rozumiemy się bardzo dobrze i dlatego udało się zrobić fajny spektakl.
 
A co poza osobą reżyserki skłoniło Pana do przyjęcia propozycji zagrania w tym serialu?

– Przede wszystkim ciekawość. Miałem do odegrania postać ojca, który zostaje odseparowany od dziecka i żony. Bardzo mi się spodobało, że Olga myśli w sposób filmowy. Chciała pokazać hiobowy moment życia tego człowieka a mi zależało na tym, żeby poprowadzić tą postać w sposób sugestywny i mocny.

Rozumiem, że ta historia jest głosem w walce ze stereotypem roli ojca w opiece nad dzieckiem…

– Urzędy, czy inne instytucje państwowe ojca stawiają na ogół na przegranej pozycji. W sytuacji walki o dziecko, jeśli dochodzi do takiej dramatycznej sytuacji, to zazwyczaj ojciec ma mniejsze prawa. Życie pokazuje, że to podejście nie zawsze jest słuszne. Współcześni ojcowie różnią się od tych sprzed kilkudziesięciu lat. Wiadomo, że matki dziecku nikt nie zastąpi, ale ojciec jest ważną osobą w jego życiu . Czynności opiekuńcze, czy pielęgnacyjne tato może wykonywać z powodzeniem. Kochający ojciec ma potrzebę, przebywania ze swoim dzieckiem jak najwięcej. To na pewno procentuje.

W tym odcinku Pan gra ojca, Karolina Kominek – matkę, a Katarzyna Skarżanka – teściową. Rozumiem, że w tym trójkącie dużo się dzieje…

– Wszystko się rozgrywa właśnie pomiędzy tymi trzema osobami. Mój bohater jest człowiekiem, który ma tradycyjne poglądy. Gdy się dowiaduje, że jego dziewczyna, którą krótko znał, jest w ciąży to niemal natychmiast decyduje się na ślub, bo w jego mniemaniu to jest słuszne. Po urodzeniu dziecka Monika, żona Janusza, wyprowadza się do swojej matki. Mój bohater tłumaczy to sobie depresją poporodową, ale efekt jest taki, że on mieszka sam, a jego najbliżsi w innym domu. Przez cały czas, pod różnymi pozorami, utrudniane są mu kontakty z dzieckiem i żoną, ale musi łożyć na wszelkie ich potrzeby. Janusz dostrzega, że przyczyną pogarszających się relacji z Moniką, jest teściowa. 

To doprowadza do dramatu…

– Summa summarum. Janusz, w akcie desperacji, wykrada dziecko, po czym dzieją się rzeczy dramatyczne…

Odcinek został zrealizowany w bardzo szybkim tempie. Należy tu chyba mówić o wysokiej sprawności ekipy produkcyjnej?

– To jest zasługa przede wszystkim Olgi i Petro Aleksowskiego, który robił zdjęcia. To była druga rzecz, którą robiłem z Petro, bo chwilę wcześniej spotkaliśmy się na planie spektaklu Teatru Telewizji pt. „Koronacja”. Tam zobaczyłem jak on pracuje, jaką ma wspaniałą wyobraźnię. W „Uwikłanych” zarówno Olga jak i  Petro wiedzieli, co chcą pokazać przez co mieliśmy duży komfort pracy.

Występuje Pan w serialach i filmach, ale Pańskim głównym żywiołem wydaje się być teatr. Większość spektakli grywa Pan w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera na warszawskiej Pradze. Na fasadzie siedziby czytamy: „teatr, który się wtrąca”…

– To są słowa naszego patrona, który był niezwykłą  osobowością polskiego teatru. Wiem z relacji starszych kolegów, że był także wspaniałym dyrektorem. Teraz w tym miejscu odkrywamy coś nowego. Niedawno była zmiana dyrekcji – dyrektorem jest Paweł Łysak, wcześniej szefujący Teatrowi Polskiemu w Bydgoszczy. Pierwszy sezon jest przeznaczony na dotarcie się, ale dyrektor ma duży kredyt zaufania i wsparcie w zespole. Jak do tej pory powstało kilka fajnych spektakli, m.in. „Wojna i pokój”, „Iwona, księżniczka z Burbona”, a niebawem będzie premiera „Lalki”.

Grał Pan w Powszechnym w przedstawieniu „Dziewczyny do wzięcia” Janusza Kondratiuka. Film powstał ponad 40 lat temu i w Polsce bardzo wiele się zmieniło – także prowincja. Jak udało się dostosować tekst do współczesności?

– Pan Janusz Kondratiuk oglądał spektakl i powiedział, że jest bardzo pozytywnie zaskoczony. On też sobie nie wyobrażał jak można przenieść tekst, który był mocno wpisany w realia tamtych lat na współczesny grunt. Bardzo podobały mu się te nasze zmagania i powiedział, że jest zbudowany tym, co zobaczył.
 
A jak zostało to dostosowane?

– Główny nacisk jest położony na to, w jakiej Warszawie teraz żyjemy. Chcieliśmy mieć takie linki do tego, co jest wyróżnikiem w dzisiejszych czasach – przede wszystkim ten pęd, chaos, żądza pieniądza. Warszawa jest miastem, do którego napływają rzesze ludzi, którzy chcą odnieść sukces. Tytułowe dziewczyny, które przyjeżdżają z małej podwarszawskiej miejscowości wykorzystują współczesne możliwości. Relacje z chłopakami nawiązują przez portal społecznościowy i umawiają się na spotkanie. Wiele sytuacji z filmu jest jednak przeniesione, w tym parę kluczowych kwestii…

Czyli „Pieski małe dwa” są?

– „Pieski małe dwa” jak najbardziej. Ja gram akurat postać, którą w filmie kreował pan Zbigniew Buczkowski, czyli „Si bon, si bon”. (śmiech) Zastanawialiśmy się kim z zawodu mogłaby być ta moja postać. U Kondratiuka był to menedżer sali, który decydował, kto się napije wódki. Ten mój bohater nazwany Zibi, a jest z zawodu – i tu się pochwalę, że ja wpadłem na taki pomysł – Panem Pogodynką.

Teraz akurat w TVP jest casting na prezentera pogody. Może Pan spróbuje?

– Kuszą te wyże, gołoledzie, hektopaskale i gradobicia, ale może jednak nie…

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz

reklama