Marcin Bosak: ekipa profesjonalna w każdym calu
„Uwikłani” : Marcin Bosak zaprasza

– Biegania rzeczywiście było dużo i do pewnego etapu było nawet przyjemne. A kiedy przestało być przyjemne to prawdopodobnie dobrze zadziałał ten stan na kondycję i nastrój bohatera – mówi Marcin Bosak, grający główną rolę w odcinku „Maciek – podwójny wyrok” serialu „Uwikłani”.

Co Panu się spodobało w tym projekcie, czyli w serialu „Uwikłani”?

– Interesujący jest pomysł stworzenia zamkniętej serii, gdzie każdy odcinek opowiada inną historię.

W każdym odcinku uwaga jest skoncentrowana na głównym bohaterze. Jak wyglądało budowanie postaci?

– Budowanie postaci w tym przypadku było o tyle komfortowe, że znaliśmy całą jej historię. Dzięki temu łatwiej było świadomie i celowo rozłożyć akcenty. Tak by całość była interesująca dla widzów. A jeśli idzie o zadanie, to jak zwykle koncentrowałem się na wyjątkowości spotkania i próbie stawienia czoła niestandardowym okolicznościom.

Dużo się Pan w tym odcinku nabiegał po warszawskich ulicach i to w styczniu. Było mało dni zdjęciowych na planie. Jak to się udało zrealizować?

– Biegania rzeczywiście było dużo i do pewnego etapu było nawet przyjemne. A kiedy przestało być przyjemne to prawdopodobnie dobrze zadziałał ten stan na kondycję i nastrój bohatera. To była ogromna przyjemność pracować z ekipą profesjonalistów najwyższej próby. I to dzięki nim to wszystko się udało.

Reżyserka Anna Jadowska  stwierdziła, że ten odcinek z Pana udziałem był najbardziej wzruszający, a w szczególności chodziło o finalną scenę na moście. Czy może Pan odnieść się do tego stwierdzenia?

– Nie stać mnie na analizę tej sceny, gdyż wymagała dużej koncentracji, a do tego nie widziałem jeszcze efektu. Mogę tylko powiedzieć, że było zimno… Ale baaaardzo o nas dbali na tym moście. Myślę o ekipie, która dbała o aktorów baaaardzo.

Czy z Anną Jadowską spotkał się Pan po raz pierwszy na planie „Uwikłanych”? Jak się z nią i z resztą ekipy pracowało?

– Z Anią pracowałem wcześniej przy filmie „Generał. Zamach na Gibraltarze”, który miał też  wersję telewizyjną. Bardzo dobrze wspominam ten czas. Równie dobrze, a może lepiej wspominam nasze spotkanie przy „Uwikłanych”. Pewnie dlatego, że tym razem zadanie było większe i trudniejsze. Praca z Anią to dla mnie duża przyjemność, wynikająca z partnerskiej relacji, wspólnego inspirowania się. Szalenie imponuje mi też sposobem, w jaki kontroluje całą tę filmową machinę na planie. Ma pewność co do kierunku, w którym zmierzamy, czasem stanowczość, a przy tym duży szacunek dla wszystkich. A ekipa była świetna. Profesjonalna w każdym calu. Bardzo dbająca o aktorów. Dzięki zaangażowaniu jej członków mogłem w pełni skoncentrować na swoim zadaniu.

Widzieliśmy Pana ostatnio w spektaklu Teatru Telewizji „Karski” i serialu „Służby specjalne”. A jakie nowe projekty przed Panem?

– Sam jestem ciekawy. (śmiech)

Jest Pan członkiem zespołu Teatru Studio, ale nie stroni także od seriali i filmów. Czy jest to wynik przemyślanego rozwoju kariery, czy też może trochę przypadku?

– „Przypadek, to chytry sposób pana Boga na to, by pozostać w ukryciu”.

Jest Pan absolwentem wydziału aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie z 2003 roku. Razem z Panem AT kończyli m.in. Anna Dereszowska, Karolina Gruszka, Anna Grycewicz, Dominika Kluźniak, czy Michał Piela. Jak Pan wspomina te lata studiów i czy pozostały jakieś przyjaźnie?

– Czas studiów to dla mnie magiczna sprawa. Związana z tym, że spełniło się moje marzenie. Marzenie dotyczące studiowania w tym konkretnym miejscu. W Akademii Teatralnej. A nasz rok też był i jest wyjątkowy. Oczywiste jest to, że nie widujemy się teraz tak często jak wtedy. Ale przez intensywność zdarzeń, które wtedy miały miejsce, mam wrażenie jakbym niektórych znał od zawsze.
 
Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz

reklama