Anna Jadowska: takie zwykłe historie
Scena z odcinka „Nina – o krok od śmierci” w reżyserii Anny Jadowskiej (fot. Andrzej Marchwiński/TVP)

– Cztery dni w styczniu, czyli zimno, dużo plenerowych rzeczy, dużo kaskaderskich rzeczy, wypadki, skakanie z mostu – to są trudne rzeczy. Z Jackiem Fabrowiczem musieliśmy być po prostu przygotowani. Mieliśmy wcześniej scenopis tych wszystkich trudnych sytuacji i musieliśmy zachować tu dużą dyscyplinę, żeby tych zdjęć nie przeciągać w nieskończoność – mówi Anna Jadowska, reżyser trzech odcinków serialu „Uwikłani”.

Co wydało się atrakcyjnego w tym projekcie, jakim jest serial „Uwikłani”?

– Na pewno chodzi o to, że jest to taka forma nieznana w Polsce. Ma strukturę, wokół której wszystko się musi zawrzeć. To są takie zmienne, które budują napięcie w tych odcinkach, a jednocześnie opowiadają takie zwykłe historie. Jest to bardzo ciekawe i fajnie jest reżyserowi takiej materii dotknąć.

Wiele osób podkreśla, że w tym serialu występują profesjonalni aktorzy…

– To przede wszystkim. Te wiodące role w każdym odcinku to zawsze byli świetni aktorzy, którzy wiele wnosili już w samą historię. Mieli wiele własnych propozycji. Tak było z Przemkiem Sadowskim, Kasią Warnke i Marcinem Bosakiem, z którymi pracowałam. To były naprawdę fajne spotkania. Te historie były bardzo zogniskowane na głównym bohaterze. Mogliśmy wprowadzić wiele zmian, takich smutnych, dramatycznych, wesołych – życie bohatera w odcinku ma jakiś przebieg i to jest ciekawe do obserwowania i zagrania dla aktora.

Te 9 odcinków robiło trzech reżyserów, w każdym występowali inni aktorzy. Jakie zabiegi zostały podjęte by stało się to serialem?

– Przede wszystkim odnosiliśmy się do formatu niemieckiego. Oczywiście nie robiliśmy tego samego, bo ten nasz serial różni się od tego niemieckiego. U nas występują aktorzy. Miało to być filmowo opowiadane. Spotykaliśmy się wspólnie i ustalaliśmy jakiś rodzaj pracy kamery, itd. To są takie wyznaczniki, które stanowiły wspólny mianownik, ale w niuansach będą się te odcinki różnić. Takie prozaiczne rzeczy jak czas i sposoby realizacji na tyle nas warunkowały, że nie można tam było zrobić czegoś zupełnie innego. Nie było na to czasu – byliśmy ograniczeni przestrzenią, miejscem. Scenariusze były do siebie bardzo zbliżone.

Na ile Pani była autonomiczna, jeśli chodzi o dobór współpracowników?

– Jeśli chodzi o aktorów to mogłam mieć jakieś wskazówki. Jest to jednak taka praca, gdzie produkcja wyznacza pewne rzeczy i próbuje znaleźć wspólny mianownik do wszystkiego. Ja wybrałam jednak operatora Jacka Fabrowicza, z którym wcześniej pracowałam przy serialu i to było dla mnie ułatwienie. Każdy z nas miał możliwość wyboru operatora, bądź montażysty. Nie była to taka stricte serialowa produkcja.

Tu tempo pracy było bardzo duże – 4 dni na odcinek. Jakie to było wyzwanie dla Pani?

– Bardziej to było wyzwanie sportowe niż filmowe. (śmiech) Cztery dni w styczniu, czyli zimno, dużo plenerowych rzeczy, dużo kaskaderskich rzeczy, wypadki, skakanie z mostu – to są trudne rzeczy. Z Jackiem Fabrowiczem musieliśmy być po prostu przygotowani. Mieliśmy wcześniej scenopis tych wszystkich trudnych sytuacji i musieliśmy zachować tu dużą dyscyplinę, żeby tych zdjęć nie przeciągać w nieskończoność. Jestem ciekawa efektu końcowego i jak odbiorą to widzowie. 

Przemysław Sadowski zagrał w odcinku „Adam – w szponach namiętności”. Można powiedzieć, że imprezy korporacyjne nie zawsze się dobrze kończą…

– Tak. Jest to taki portret warszawskiego prawnika, wplątującego się w dziwną historię, która go troszeczkę przerasta. Myślę, że Przemek to świetnie zagrał i dużo miał swoich pomysłów. Miał też świetne partnerki. Żonę grała Alicja Dąbrowska, a dziewczynę, która go prześladuje – Monika Obara, świetna aktorka. Fajny się zrobił z nich trójkąt, bardzo dramatyczny.

„Maciek – podwójny wyrok” to z kolei tytuł odcinka, w którym tytułową rolę zagrał Marcin Bosak. A morał jest chyba taki, że nie za bardzo warto pomagać innym…

– Czasem tak. Coś, co jest dla kogoś pomocą, staje się przekleństwem dla kogoś innego. Tak się właśnie okazuje w tym odcinku. Jest to bardzo fajne, bo ten bohater jest bardzo dynamiczny. Przez cały odcinek on nam ucieka, ale nie powiem przed czym, ani do czego. Kończy się to bardzo dramatycznie i wydaje się, że jest to najbardziej wzruszający ze wszystkich odcinków z piękną ostatnią sceną na jednym z warszawskich mostów.

W końcu jest Katarzyna Warnke i odcinek „Nina – krok od śmierci”. Tu jest dynamicznie – napad, porwanie, miłość…

– Kasia Warnke stworzyła bardzo fajną postać. Ta jej serialowa lekarka jest bardzo niejednoznaczna, dlatego że zakochuje się w kimś, kto jest z teorii zły. Ta relacja jest bardzo dynamiczna, ciekawa. Jest tam, i niepokój, i jakiś dziwny erotyzm. Dla mnie, kiedy nad tym pracowałam, to było najciekawsze – wcale nie napady.

Dużą część Pani projektów artystycznych to jest połączenie pisania scenariusza z reżyserowaniem. To jakoś samo przyszło?

– Generalnie lubię pisać. Myślę, że jak się zestarzeję to będę tylko pisać, bo to jest mniej nerwowe niż reżyserowanie. Bo te 12 godzin na planie to jest dosyć intensywne i trudne. Teraz już potrzebuję, żeby z tym swoim pisaniem wyjść, z kimś się tym dzielić, z kimś współpracować. Scenariusz powinien się poobijać o różne osoby, spotkać z innym zdaniem, tak żeby miał swoje różne warstwy, głębokości, poziomy zrozumienia tego tekstu. Teraz będę robić fabułę i będzie to chyba jedna z ostatnich, do których sama napisałam scenariusz. Widzę, że potrzeba konsultowania scenariusza z innymi osobami jest istotna i wiele wnosi. Takie kino stricte autorskie to forma w zaniku.

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Paweł Pietruszkiewicz

reklama